Kategorie: Wszystkie | Biblioteka | Finanse | Podsumowania | Życie
RSS
piątek, 30 sierpnia 2013

Cholernie ciężko jest mi grafikowi znaleźć jakieś dodatkowe zlecenia poza moją codzienną ośmiogodzinną pracą. Owszem coś tam się udaje ale to mało płatna fuszka ot kilka godzin w miesiącu, do tego załatwione przez znajomego. W internecie na portalach z ofertami dla freelancerów jest ciężko. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pod moją ofertą powiedzmy parę konkretnych złotych za logo, stronę czy projekt do druku, dorzuci swoją ofertę za złoty pięćdziesiąt. I jak z takimi konkurować? Inna sprawa, że strony www robiłem już dość dawno i nie znam obecnych nowych trendów, pewnie bym się w tym pogubił więc szukam raczej drobniejszych chałturek.

5. Szukać form zarobku poza etatem.

No to trzeba szukać mocniej, więcej i częściej. Do tego zarejestrowałem się na textmarkecie, dwa teksty mi już zaakceptowali i to od razu do kategorii medium. Pochwalę się jeśli coś sprzedam. 

Czytam też ostatnio na blogach o pozycjonowaniu stron, seo i zarabianie na reklamach. Przyznam ciekawa i kusząca opcja. Ale na razie poprzestanę tylko na nauce tego procesu, wdrażanie zostawię sobie na lepsze czasy kiedy będę coś już z tego zakresu umiał.

Nie palę już prawie trzy tygodnie. Przez ostatnie 4 lata jarałem paczkę dziennie. W ciągu ostatniego roku właściwie już 1,5 paczki. Czasem dwie. Wmawiałem sobie, że lubię palić. Kretynizm. Próbowałem już dwa razy, za trzecim się udało. Pomogła mi rewelacyjna książka Allena Carra. I trochę medykaliów ale to bardziej jako placebo. Tak czy siak gdybym nadal palił to całe to gadanie o oszczędnościach mógłbym sobie wsadzić. A zatem:

4. Nie wrócić do nałogu nikotynowego.

Nigdy. Chociaż nadal część mnie uważa, że lubię palić. Wcześniej nie wyobrażałem sobie życia bez papierosów. Przecież nie mogłem sobie odmawiać ostatniej przyjemności z życia. Więc jarałem jak dziki. Dopiero ta książka uświadomiła mi, że ani to dla mnie przyjemność ani poświęcenie czegoś ważnego w moim życiu. Zmiana myślenia jest najważniejsza w rzucaniu palenia, jestem tego żywym dowodem.

Ok ok uczciwie się przyznam. Dwa dni temu miałem stresa w pracy. Po drodze do domu kupiłem paczkę. Jednego zajarałem od razu przy kiosku, drugiego w domu. Następnie umyłem zęby a pozostałe 18 fajek potraktowałem wodą z umywalki. Dawno nie byłem z siebie tak dumny :)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Jestem "klientem" parabanku. Ja pierdziele jak to brzmi. Wiecie co jest najgorsze i najbardziej sprawia, że moja godność chowa się do butów? Ten moment kiedy wchodzę do ich lokalu. Robię to szybko i sprawnie bo boję się, że ktoś znajomy zauważy, że tam wchodzę. I co wtedy powiem? Że mam dwa tysie na rękę, mieszkam w najtańszym mieście w Polsce i nie starcza mi do pierwszego? Żałosne.

3. W ciągu pół roku spłacić wszystkie długi i nie zaciągać nowych.

W parabanku pożyczyłem dwa tygodnie temu 200 zł. Jutro mam oddać 260. I klnę się, że to jest ostatni raz kiedy cokolwiek w takim miejscu pożyczam. I tak miałem szczęście, że nie trafiłem na jakichś sukinkotów, którzy doliczają jeszcze jakieś ukryte koszty. Ale i tak ponad 25 procent za pożyczkę to zdzierstwo.

Mam jeszcze debet na moim głównym koncie i całkowicie obciążoną kartę kredytową. Jak to wszystko zsumować razem to jestem 2000 PLN na minusie. I taki stan obowiązuje już od dłuższego czasu. A ja co odrobinę spłacę to zaraz znowu wyciągam albo pożyczam w parabanku. Tak nie może dłużej być i to jest mój cel na najbliższe pół roku. Dopuszczam jednak możliwość, że dla takiego matoła i FINANSOWEGO FRAJERA jak ja 6 miesięcy może być zbyt krótkim terminem. Jeżeli się nie uda - trudno ale przynajmniej połowa musi być spłacona w tym czasie. A jeżeli kiedykolwiek jeszcze pożyczę coś w parabanku to możecie mi napluć w twarz.

Od stycznia do lipca tego roku udało mi się schudnąć 15kg. Dieta i siłownia. Niby sporo ale nadal ważę ponad setkę, zawsze był ze mnie duży facet. Zacząłem odżywiać się regularnie, jeść śniadania i takie tam. No i bez fastfoodów. Z pewnością w tym okresie dałoby się parę groszy uciułać ale wtedy jeszcze paliłem i cała nadwyżka szła na fajki. Teraz jestem czysty, niestety dieta poszła w cholerę, żłopię piwsko, jadam na mieście, o siłce zapomniałem. Jeszcze mocno nie widać, że przytyłem ale już wkrótce... A zatem kwestia tuszy oraz chęć oszczędzania wymusza na mnie wyznaczenie sobie celu:

2. Zmienić nawyki żywieniowe na bardziej oszczędne. Koniec z jedzeniem na mieście.

Wiecie jak tanie jest przygotowanie zupy? Jednej osobie, a aktualnie mieszkam sam, czasem narzeczona przyjedzie, cały gar wystarczy na trzy dni (może i cztery ale nie próbowałem tak długo)! A zrobienie sobie mielonych na cały tydzień to kwestia nieco ponad 10 zł. Tymczasem jako taki obiad na mieście to cena przynajmniej 25 zł a jeśli do tego obiadku chce się piwko to trzeba prawie kolejną dychę doliczyć... Te fakty są mi znane od dawien dawna ale dopiero teraz w ramach projektu robię sobie całkowity i nieodwołalny zakaz wydawania kasy na żarcie w barach, pizzeriach itp. Będzie ciężko bo kocham pizzę.

Druga sprawa to śniadania. Podobno to przez ich brak człowiek tyje a ja w styczniu tego roku osiągałem już rozmiary średniego słonia. Nie jestem biologiem ani dietetykiem, nie wiem jak to działa ale fakty są przeciwko mnie. Fakt 1: nienawidzę jeść śniadań, jak wstaję robię sobie kawę i (nieaktualne) palę trzy papierosy. To moje śniadanie. Jedzenie o 6 rano nie przechodzi mi przez gardło. Fakt 2: jak się pierwszy posiłek je o godzinie 17 a do tego jest to hamburger lub pizza to się jest kurwa grubym i koniec tematu! Więc od poniedziałku mam zamiar się zmuszać i wpaszczać cokolwiek przed wyjściem. Dla mojego własnego dobra.

Mam zamiar też w miarę możliwości zliczać kasę z każdego miesiąca wydaną na jedzenie. Chcę nareszcie przestać żyć dobrem (żarciem) doczesnym i pomyśleć choć trochę o przyszłości. Bo inaczej skończę jak te menele co mnie zawsze na osiedlu o fajki proszą. Odmawiam zostania menelem!

Mam fajną pracę. Fajnie. Ale pomyślmy co by było gdyby firma, w której pracuję, upadła? Albo jakbym się znudził szefostwu albo jakbym coś tak spierdolił, że by mnie wywalili? Nie dość, że nie mam żadnych oszczędności, to jeszcze do tego długi, które na bieżąco spłacam po każdej pensji żeby pod koniec miesiąca i tak się dodatkowo zadłużyć na parę groszy i tak w koło macieju...

Stąd też mój cel numer jeden na najbliższy rok:

1. W ciągu roku uzbierać na tzw. fundusz bezpieczeństwa, minimum 1000$.

Generalnie ten pomysł podsunęli mi blogerzy, których ostatnio czytam, którzy zainspirowali mnie do zmian, i o których jeszcze napiszę bo ciekawi ludzie z nich są. Z grubsza chodzi o to, że czasy są niepewne i warto mieć jakiegoś zaskórniaka gdyby przyszło zmierzyć się z powyższym scenariuszem. Jeżeli stracę pracę jutro to jestem udupiony, mogę iść się wieszać. W zamierzeniu powinno się odłożyć kasę tak aby wystarczyła na kilka miesięcy życia bez pracy. W moim przypadku zamierzona suma wystarczyłaby na dwa. Mało ambitne ale ja z natury oszczędny nie jestem i jeżeli uda mi się zebrać tysiąc dolców w ciągu roku to i tak będzie sukces. Aha, czemu dolce? Pewniejsza waluta moim skromnym zdaniem, chociaż specem nie jestem.

No i jestem, co oznacza, że czarny scenariusz poprzedniego wpisu oddala się może jeszcze nie wielkimi ale na pewno krokami.

Z racji, że jutro dostaję wypłatę postanowiłem postawić sobie pewne cele związane z moimi finansami i stylem życia. Będą to cele długoterminowe, co miesiąc zamierzam tworzyć raport z ich progresu. Generalnie chcę zacząć od zmiany przyzwyczajeń, z których większość jest prawdę mówiąc autodestruktywna. A że przyzwyczajenia można zmienić, nawet w tak beznadziejnym przypadku jak mój, udowadnia mi wciąż fakt, że już dwa tygodnie nie palę papierosów i nie zanosi się na to żebym znowu miał do tego wrócić. Jeżeli dokonałem tego, to dam też radę zmienić w swoim życiu pozostałe defekty. No to jedziemy:

1. W ciągu roku uzbierać na tzw. fundusz bezpieczeństwa, minimum 1000$.

2. Zmienić nawyki żywieniowe na bardziej oszczędne. Koniec z jedzeniem na mieście.

3. W ciągu pół roku spłacić wszystkie długi i nie zaciągać nowych.

4. Nie wrócić do nałogu nikotynowego.

5. Szukać form zarobku poza etatem.

6. Rozwinąć przynajmniej jedną umiejętność z zakresu grafiki komputerowej.

 

Takie są moje cele, na koniec każdego miesiąca będę pisał raporty z moich postępów. W następnych wpisach będzie szczegółowo nt. każdego z tych celów osobno. Muszę sam sobie wyjaśnić co i jak zamierzam robić w najbliższej przyszłości. I tego się trzymać.

środa, 28 sierpnia 2013

Jeżeli jakimś cudem udało Ci się tu dotrzeć a do tego znaleźć w sobie chęć przeczytania przynajmniej jednego zdania, słowa, wiedz, że jestem Ci bardzo wdzięczny.

Jeżeli jednak minęło już trochę czasu i ta notatka z sierpnia jest zarazem ostatnim wpisem na tym opuszczonym blogu, to wiedz, że zawiodłem. Przede wszystkim siebie. Moje życie nie zmieniło się, ba, zapewne uległo pogorszeniu.

Drogi Czytelniku, módl się za mnie, do jakichkolwiek bogów, których uznajesz bądź nie. Zamyśl się choć na chwilę nad kolejnym zjadaczem chleba z plebsu, który powziął zamiar odmienienia swojego życia przy pomocy pisania bloga i rzucił to w cholerę dla pozornego wygodnictwa. Mam jednak nadzieję, że mi się to nie przydarzy, a jeżeli się przydarzyło, to wynieś z tego jakąś lekcję, by spotkało to również Ciebie.

No właśnie. Nie założyłem bloga po to, by się nad sobą użalać. Wiem, że moje życie to moja wina. Wiem, że mój obecny stan jest spowodowany tylko i wyłącznie podjętymi przeze mnie decyzjami. Chcę to zmienić, po to jest ten blog.

Projekt: Życie. Moje życie, które jest w tym konkretnym momencie tak bardzo uległo - pasywne, że rzygać się chce. Moje życie, które jest obecnie jedną wielką stagnacją, zasiedzeniem i generalnie wszystkim czym wypada pogardzić. Chcę żeby było zupełnie odwrotnie. Chcę, za rok napisać, że Projekt: Życie osiąga sukcesy, że wprowadzam zmiany na lepsze (jakie to mają być zmiany jeszcze napiszę).

Cholernie egoistycznie to wszystko brzmi, ale kto z nas ludzi w chociażby najdelikatniejszym tego słowa znaczeniu egoistą nie jest? I jak mogę dawać komukolwiek rady tu na blogu, lub w prawdziwym życiu, jeżeli znajduję się w tak żałosnej sytuacji? Zmiany, zmiany nadchodzą. Muszą nadejść albo marny mój los.

Pierwszy drobny sukces już jest - od dwóch tygodni nie palę papierosów. Kiedyś przysiądę i napiszę jak po czterech latach jarania paczki dziennie udało mi się zaprzestać, chociaż żadna magia się za tym nie kryje, lecz wiedza. Wiedza to klucz do wszystkiego i dlatego ja z tej wiedzy innych mądrzejszych ode mnie korzystać zamierzam, tym bardziej, że w dobie Internetów jest ona praktycznie darmowa. No ale musi się chcieć.

I co widzę? Siebie. Siebie w wieku 27 lat. Jakie wnioski? Mogłem skończyć gorzej...

Mam pracę na etacie, robię to co lubię (jestem grafikiem), mam dach nad głową (to co, że wynajmowany), genialną narzeczoną (mogła lepiej trafić).

Nie jest źle, problem w tym, że taki stan rzeczy ma miejsce od ponad dwóch lat, a ja nie idę do przodu. Wprawdzie nie cofam się, ale moje życie potrzebuje zmian, mocnego kroku naprzód. A mi się nie chce... Brak kompletnie jakiejkolwiek motywacji do działania, wracam do domu, dupa na kanapę i tak zostaję aż do wieczora. Cud, że takiego nastawienia nie mam w pracy, bo wypieprzyliby mnie na zbitą twarz. A miałem się rozwijać, kursy pokończyć, szkołę, uczyć się dalej tajników wybranego zawodu, na który papieru nawet nie mam, jedyne co mam to nieaktualizowane od dłuższego czasu pożal się Boże portfolio, którego się wstydzę. I tak tkwię i... i właściwie już.

Co więcej poza lenistwem odkryłem o sobie kolejną prawdę: jestem FINANSOWYM FRAJEREM. Całą kasę jaką zarabiam - przepuszczam. Do pierwszego mi nie starcza, mimo że dostaję prawie dwa patyki na rękę. Dwa tygodnie temu upadłem tak nisko, że w końcu moje ego cichutko się odezwało i zapytało: co ty, kurwa, robisz z tymi pieniędzmi? Co robię? Prawie pięć stów na miesiąc wywalam na papierosy. Ponad drugie tyle na żarcie i to te najlepsze - niezdrowe! Reszta to opłaty i inne takie ale w sumie nie wiem jakie bo geniusz Marcin nie ma pojęcia na co ta kasa mu ucieka. Frajer. Przez dwa lata pracy na etacie nie oszczędziłem kompletnie nic. Ani złotówki. A żeby było śmieszniej to mam długi...

Jezu jak to czytam to aż mi się wierzyć nie chce, że piszę o sobie a nie jakimś totalnym looserze. Przerywam bo zwariuję od tego. Prawda kurewsko boli.

 

  • Kontakt